WWW.CHFPN.PL

To takie logiczne cz. 3

JA  TEŻ  ZAUFAŁEM

    "Wiemy też, że Syn Boży przyszedł i dał nam rozum, abyśmy poznali Tego, który jest prawdziwy. My jesteśmy w Tym, który jest prawdziwy, w Synu Jego, Jezusie Chrystusie. On jest tym prawdziwym Bogiem i życiem wiecznym."
(1 Jana 5:20)

     Kto jest chrześcijaninem? Kto jest naprawdę wierzącym? Pytania te zadawałem sobie na początku lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, w okresie, kiedy zacząłem odkrywać, w czym tkwi prawdziwy sens chrześcijaństwa. Przedtem - pomimo tego, że wychowałem się w domu mocno związanym z Kościołem - słowa "chrześcijanin" i "wierzący" były dla mnie czymś bezbarwnym, kojarzyły się z ludźmi, których spotykałem co niedzielę w kościele, z którymi chodziłem na religię. To, co łączyło mnie wówczas z nimi,  było głównie świadomością, że oni wszyscy należą do tej samej parafii w dużym mieście i uczuciem, że nasz Kościół, do którego należymy, jest lepszy od innych.

    W takiej atmosferze wzrastałem wraz z rówieśnikami z kościoła, o których teraz wiem, że myśleli wtedy podobnie. Zacząłem mężnieć, powoli wkraczałem w wiek ludzi dorosłych. Mój sposób myślenia również stawał się coraz bardziej dojrzały. Zacząłem dostrzegać, że niektórzy ludzie, uczęszczający co niedzielę do kościoła, inni są w kościele niż w życiu na co dzień. Ich sposób myślenia, ich dowcipy i zachowywanie się zawsze przywodziły mi na myśl stwierdzenie, że są oni liberalnie ustosunkowani do tego, co każdej niedzieli słyszeli z ambony. Po pewnym czasie sam zacząłem się do nich upodabniać. Mój stosunek do Chrystusa obojętniał. Słowo "Zbawiciel" było mi jeszcze w jakimś sensie bliskie. Natomiast słowo "Pan", właściwie nigdy wtedy nie rozumiane, stawało mi się coraz bardziej obce.

    Jednym z ostatnich wartościowych łączników pomiędzy mną a Bogiem był wówczas następujący wiersz biblijny, który otrzymałem, jak i inni moi rówieśnicy, w dniu konfirmacji: "Nie bój się i nie lękaj się, gdyż Pan, Bóg mój, będzie z tobą. On cię nie zawiedzie, ani cię nie opuści". Nosiłem go zawsze w swoim portfelu i przed każdym egzaminem na uczelni odczytywałem go sobie. Pewnego dnia wiersz ten wypadł mi z portfela. Zostałem więc sam. Kolejna nitka została zerwana.

    Na studiach zacząłem palić papierosy. Najpierw kilka dziennie, potem już całą paczkę. Zacząłem chodzić do kawiarni. Aby zaimponować kolegom i sobie, coraz częściej przebywałem w towarzystwie ładnej dziewczyny. Od czasu do czasu chodziłem sobie potańczyć. Coraz bardziej upodabniałem się do modelu i stylu życia młodego mężczyzny tamtych lat. Liberalizm coraz mocniej wkraczał we wszystkie sfery mojego życia. Postać Chrystusa oddalała się ode mnie co-raz bardziej. Wszystko w moim życiu podporządkowywałem swoim celom, a przede wszystkim zachciankom. Sens słowa "kompromis" (w stosunku do realizacji moich zamierzeń) stał się dla mnie zupełnie obcy. Moja obojętność wobec Chrystusa, znajdująca potwierdzenie w obserwacji stylu życia niektórych parafian, uczęszczających wraz ze mną do kościoła, powoli przeradzała się w niechęć do społeczności kościelnej. Czułem się coraz mniej związany ze społecznością, do której należałem. Wkrótce przestałem w ogóle uczęszczać na nabożeństwa. Nie widziałem w tym najmniejszego sensu, nie chciałem się oszukiwać. Ustały również moje codzienne modlitwy, których nauczyłem się w dzieciństwie. Prowadziłem życie zgodne z etyką moich rówieśników. Buntowałem się stale przeciwko uwagom mojego ojca, że prowadzę życie niewłaściwe, a przede wszystkim nie związane z Kościołem. Zawsze jako argument, popierający mój styl życia, podawałem przykład podobnego życia znajomych z parafii. Stwierdzałem przy tym każdorazowo, że nie ma sensu chodzić do kościoła, skoro ma się do niego obojętny stosunek i widzi się tę samą obojętność u wielu innych ludzi, którzy tylko z powodu rodzinnej tradycji, a często dla towarzyskiego spotkania, chodzą jeszcze na nabożeństwa.

    W takim stanie przeżyłem dziesięć lat, w trakcie których zacząłem pracować, założyłem rodzinę, urządziłem mieszkanie. W takim stanie żyłbym do chwili obecnej, gdyby na początku lat siedemdziesiątych ojciec nie podarował mi małej, kilkudziesięciostronicowej książeczki Erica Lubahna Wierzę... O co chodzi w chrześcijaństwie (opublikowana nakładem Wydawnictwa "Zwiastun"). Zaintrygowany tytułem, przeczytałem ją. Sens chrześcijańskiego życia, jaki nakreślił przede mną autor tej książki, spowodował, że zaczęło we mnie płonąć coś nowego. Jeszcze nie wiedziałem, co to jest, gdyż nie wszystko w tej książeczce zrozumiałem, a przede wszystkim sensu słów "chrześcijanin" i "wierzący".

    Drugi raz do tej książki wróciłem pół roku później. Lecz tym razem przy jej czytaniu zacząłem robić notatki. Okres pracy nad rozszyfrowaniem tajemnicy, którą zawierała książeczka, trwał dwa tygodnie. Przez te czternaście dni codziennie po pracy siadałem przy moim biurku i kontynuowałem mozolną, przypominającą mi lata studenckie, pracę umysłową. Ponieważ w trakcie czytania natrafiłem na (jak mi się wówczas wydawało) sprzeczności w tekście, postanowiłem zastosować inżynierski, precyzyjny i logiczny sposób zadawania pytań i odpowiadania na nie - po to, aby te sprzeczności wykazać. Wynikiem tej pracy stał się więc zbiór następujących pytań:

 Czy ciągle myślisz o sukcesach, które chcesz osiągnąć w życiu?
 Czy czujesz w sobie niedosyt i niepokój?
 Czy chcesz być naprawdę szczęśliwy?
 Czy uwierzyłeś już w Boga Ojca Wszechmogącego?
 Czy rzeczywiście czujesz już i stwierdzasz, że jesteś grzesznikiem?
 Czy tak całkiem osobiście uwierzyłeś już w Jezusa i czy zaufałeś Mu?
 Czy wierzysz w swoje życie wieczne?

    Odpowiedzi na nie, zarówno pozytywne, jak i negatywne, znalazłem we wspomnianej książeczce. Razem z pytaniami ułożyłem je w schemat, przypominający popularny wśród użytkowników komputerów algorytm. Jego fragment znajduje się na następnej stronie.
 W rezultacie bardzo szczerych i nieobłudnych odpowiedzi na opracowane przez siebie pytania nagle zrozumiałem, co jest źródłem mojego niepokoju i niedosytu. Rozłąka z Bogiem i Jezusem Chrystusem - oto przyczyna, która dotarła do mojej świadomości. Czytałem dalej swoje pytania i szczerze na nie odpowiadałem. Wkrótce odkryłem, w jakim jestem opłakanym stanie. Prawda o mnie została zupełnie odsłonięta. Wiedziałem już, że w zbiorze pytań i objaśnień na temat stanu, w jakim człowiek się znajduje, nie ma sprzeczności. Jednak zwątpienie, które wiele lat wcześniej wkradło się do mojego serca, było w dalszym ciągu silniejsze. Poznałem już prawdę, ale jeszcze jej nie zaufałem. Postanowiłem pojechać do ojca. Uczyniłem to i pokazałem ojcu mój zbiór pytań, a następnie zapytałem, czy dobrze zrozumiałem, o co chodzi w chrześcijaństwie. W odpowiedzi zobaczyłem rozpromienioną radością twarz mojego ojca, który ze wzruszeniem odpowiedział: "Ależ tak!".
 
   To mi jeszcze nie wystarczyło. Pojechałem do mojego stryjka, o którym dotychczas w rodzinie mówiono, że ma tak zwanego "kręćka" na punkcie religii i że jest kościelnym odszczepieńcem. Na identyczne zapytanie, co sądzi o moim zbiorze pytań, znowu usłyszałem to samo. "To jest właśnie droga, prowadząca do wieczystego szczęścia - pokój z Bogiem, uznanie siebie za grzesznika, zaufanie miłości Chrystusowej i oddanie Mu reszty swojego życia. Stryj zadał mi też najważniejsze pytanie w moim życiu: "Jaką podjąłeś decyzję - czy wybierasz nową drogę, czy kroczysz dalej starą?".

    Jednak i tym razem jeszcze nie podjąłem żadnej decyzji. Odwiedziłem wierzącą rodzinę, której członkowie również uprawiają zawód inżynierski. Cała ta rodzina potwierdziła odpowiedź ojca i wujka na moje identyczne pytanie i zapytała mnie, co wybieram. Wówczas, w trakcie wspólnej modlitwy, przeprosiłem Jezusa za moje grzechy i poprosiłem Go o pomoc, o wejście do mojego serca i zamieszkanie w nim na stałe.

    Jego odpowiedź nie była natychmiastowa. Nie było żadnych efektów słuchowych i wzrokowych, związanych z tą odpowiedzią. Jednak w ciągu paru tygodni od tamtego dnia zacząłem, bez większego wysiłku z mojej strony, zmieniać styl życia. Moja kariera zawodowa przestała mieć dla mnie pierwszorzędne znaczenie, natomiast zaczęła wzrastać rzetelność wykonywanej przeze mnie pracy. Zacząłem rozumieć żonę i dzieci, które stały mi się droższe. Porzuciłem większość dotychczasowych kontaktów towarzyskich. Nawiązałem nowe znajomości, ale tym razem wśród poważnie traktujących Słowo Boże chrześcijan z mojej dawnej społeczności oraz z nowych społeczności. Opuściły mnie zupełnie chwile, w których dawniej chciałem płakać z powodu tęsknoty za czymś nieokreślonym. Minął niepokój i niedosyt.

    Od tamtej chwili modlę się codziennie własnymi słowami i czytam Biblię, o której już teraz wiem, że jest skarbnicą Bożych poleceń, zaleceń, wskazówek i obietnic dla nas, ludzi. Tym, co porusza moje serce w trakcie czytania, dzielę się z moimi bliskimi i innymi wierzącymi. Nie wstydzę się mojego Zbawiciela, ale otwarcie o Nim mówię. Ilekroć widzę, że moje słowa o Jezusie pomogły komuś zmienić swoje życie, tylekroć cudowna, niepojęta radość ogarnia moje serce. Teraz wiem, że mozolna praca nad rozszyfrowaniem tajemnicy sensu chrześcijaństwa opłaciła mi się. Ktoś mógłby mi zarzucić, że zmarnowałem czternaście dni, które mógłbym na przykład przeznaczyć na zarobienie jakichś pieniędzy. O, nie! Bóg stokrotnie wynagrodził mi ten wysiłek, gdyż wiem i rozumiem już sens słów "chrześcijanin" i "wierzący". Wiem też, że to rozumienie zmienia moje życie, w którym obecnie Jezus Chrystus jest dla mnie żywą, konkretną, cudowną postacią, która nie jest mi obojętna. Wiem, że znalazłem nowych przyjaciół, ludzi prawdziwie wierzących, dla których Chrystus jest nie tylko Zbawicielem, ale także Panem. Wiem, że słowa "chrześcijanin" i "wierzący" nie są już teraz dla mnie bezbarwne. Wiem, że wspomniane słowa zawsze przywodzą mi na myśl ludzi, których życie na stałe związało się z Chrystusem i jest odbiciem tego związku, ludzi, którzy pojęli, że ich zbawienie dokonało się już na krzyżu. Wiem, że weszli oni w przymierze z Bogiem, w ramach którego z jednej strony zobowiązali się być posłuszni we wszystkim woli Bożej, a z drugiej strony zaufali Bogu, że przyoblecze ich swoją mocą odrodzenia, niezbędną do prowadzenia pobożnego życia. Wiem, że mają prawo dziękować za odpuszczenie grzechów, które wyjednał dla nich Jezus, - bez względu na to, do jakiej społeczności chrześcijańskiej ludzie owi należą.

 "Nie przestaję dziękować za was i wspominać was w modlitwach moich, aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam Ducha mądrości i objawienia ku poznaniu Jego, i oświecił oczy serca waszego, abyście wiedzieli, jaka jest nadzieja, do której was powołał, i jakie bogactwo chwały jest udziałem świętych w dziedzictwie Jego, i jak nadzwyczajna jest wielkość mocy Jego wobec nas, którzy wierzymy dzięki działaniu przemożnej siły Jego" (Efez. 1:16-19).

 "A teraz poruczam was Panu i słowu łaski Jego, które ma moc zbudować i dać wam dziedzictwo między wszystkimi uświęconymi" (Dz. Ap. 20:32).
 

 


KOŁATANIE DO DRZWI

    Gdy Archiasz, namiestnik Teb, ucztował wraz z przyjaciółmi, przybył do niego z Aten posłaniec z ważnym listem, nalegając, by był on odczytany natychmiast. Archiasz odparł: "Jutro będzie czas na sprawy poważne" i list odłożył na bok. Jednakże dzień następny już nigdy nie nadszedł dla Archiasza. Spiskowcy, przed których zamiarami uprzedzał list z Aten, zamordowali go w nocy wraz z jego wszystkimi gośćmi.

    Bóg zesłał z nieba na ziemię posłańca, mającego przekazać nowiny największej wagi. Owe nowiny, dobre nowiny - to Biblia. Czy czytamy ją, czy traktujemy ją serio?

    Taki napis, będący oświadczeniem samego Jezusa (zapisanym w Ewangelii Jana 5:28b-29), znajdował się nad bramą cmentarną w jednej z miejscowości na południu Francji:
 "...Nadchodzi godzina, kiedy wszyscy w grobach usłyszą głos Jego; i wyjdą ci, co dobrze czynili, aby powstać do życia; a inni, którzy źle czynili, by powstać na sąd".
 Napisany dużymi literami, rzucał się w oczy wszystkim bez wyjątku, aby jednych pocieszyć, a dotknąć i poruszyć sumienia innych. Zawierał treść jasną i zrozumiałą i zapewne dlatego został usunięty pod presją niedowiarstwa.

    Źle czynić - to znaczy, innymi słowy, żyć tylko dla siebie i w niezgodzie z oczekiwaniami Boga wobec nas. Tak czyniących czeka sąd. Kto tak czyni, grzeszy. Każda zła rzecz, uczyniona przez takiego człowieka, zostanie ujawniona w dniu sądu.

    Pewien chłopak, nieznośny urwis, bezustannie dokuczał córeczce sąsiadów. Pewnego dnia zakopał w ogrodzie lalkę, którą dla dziewczynki zrobiła jej matka. Kiedy pytano go o zagubioną lalkę, zawsze zarzekał się, że nie ma z tym nic wspólnego. Jednakże po kilku tygodniach matka dziewczynki powiedziała doń bez ogródek: "To jednak ty zabrałeś tę lalkę". Zaskoczony pewnością kobiety, mały urwis przyznał się, ale zapytał: "Jak pani to odkryła?". Kobieta zaprowadziła go do ogrodu i pokazała mu wiele kiełkujących zielonych łodyg zboża, wyrastających z ziemi. To była jej odpowiedź. Matka dziewczynki wypchała bowiem lalkę ziarnami kukurydzy, które - zagrzebane w ziemi - zaczęły kiełkować.

    Bóg jest sprawiedliwy i osądzi każdy zły czyn. Czy jest więc jakiś ratunek dla tych, którzy grzeszą?
 Ratunkiem może być jedynie ułaskawienie. Oto kolejna opowieść.

    Pewien sędzia w Ameryce zgodnie z prawem miał skazać oskarżonego na grzywnę. Winowajca, od lat zaprzyjaźniony z sędzią, spodziewał się, że sędzia skorzysta z przysługującego mu prawa i wymierzy jak najniższą karę. Omylił się jednak. Jego stary przyjaciel zastosował prawo w najsurowszym wymiarze i wymierzył karę, przewyższającą możliwości skazanego. Bezstronność sędziego zdumiała publiczność, zgromadzoną na sali sądowej, ale zaczęto powątpiewać w jego dobroć. Jakże jednak zdziwili się obecni, gdy sędzia powstał z miejsca i złożył na stole całą należność za winowajcę. Sam wyznaczył karę i sam ją zapłacił. Kwestia winy i odpowiedzialności za nią została przez sędziego rozstrzygnięta, nie można mu było nic zarzucić. Sprawiedliwości stało się zadość, a winowajca był wolny od kary. Dlaczego? Nie dzięki własnym zasługom albo pokucie, lecz dzięki łasce, która zdjęła z niego winę i karę.

    Łaska zdejmuje z grzesznika winę i karę.

    Żyjemy wśród chrześcijan, a mimo to tak wiele ludzi umiera nie przyjąwszy zbawienia, jakie wyjednał dla ludzi na krzyżu Jezus Chrystus. Czeka więc ich tylko sąd.
 "I wzywaj mnie w dniu niedoli, wybawię cię, a ty mnie uwielbisz" (Ps. 50:15).

    Marylin Monroe nie skorzystała z tej rady w godzinie swej największej potrzeby. Jako gwiazda filmowa osiągnęła wszystkie możliwe sukcesy: sławę i bogactwo, o których młoda dziewczyna może tylko marzyć. Ale zakończyła życie wskutek przedawkowania środków nasennych. Znaleziono ją martwą w łóżku, trzymającą w ręku słuchawkę telefoniczną, z której dochodził głos automatu: "Nie ma takiego numeru". Poszukiwała miłości, lecz dano jej show business, poszukiwała pokoju, lecz dano jej środki uspokajające. Szukała pomocy u ludzi, lecz jej nie znalazła. Nie szukała pomocy u Boga.

    Pewien chrześcijanin leciał samolotem, zajmując miejsce obok człowieka interesu, jak się okazało podczas ich rozmowy. W trakcie tej rozmowy zapytał go, czy jest na nowo narodzonym chrześcijaninem. Biznesmen zawahał się przez chwilę, po czym odpowiedział" "Jestem zwykle tak zajęty, że nie mam czasu rozmyślać o tych sprawach". Następnie zaczął opowiadać, że jest szefem potężnej firmy z wieloma filiami w różnych krajach. Chrześcijanin zapytał ponownie: "Czy myśli pan, że interesy są ważniejsze niż wieczne, duchowe sprawy?". Biznesmen odpowiedział: "Wie pan, sztuka przetrwania jest bardzo trudna, lecz za pięć lat pójdę na emeryturę i wtedy będę rozmyślał o moim stosunku do Boga - teraz nie mam czasu". Wkrótce wylądowali i rozstali się. Biznesmen udał się w dalszą drogę - do Los Angeles. Kilka godzin później chrześcijanin usłyszał straszną wiadomość, że samolot lecący do Los Angeles rozbił się i nikt z pasażerów nie ocalał.

    Jakże straszną rzeczą jest wpaść bez przyjęcia zbawienia w ręce Boga żywego! Biznesmen chciał poczekać jeszcze pięć lat, a nie otrzymał nawet pięciu godzin.

    Jak poważne jest to ostrzeżenie dla tych, którzy jako zgubieni grzesznicy nie przyszli jeszcze do Pana Jezusa!

    "Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną" (Obj. 3:20).

    W jednym z kolegiów w Oxfordzie znajduje się niezwykły obraz, podziwiany przez wszystkich. Słynny artysta włożył w dzieło, jakie namalował, cały arsenał swych nadzwyczajnych zdolności i całą swą wiarę. Obraz ukazuje Pana Jezusa z lampą w lewej ręce, stojącego u obramowanych bluszczem drzwi i kołaczącego do nich.
    Jeden z przyjaciół malarza, oglądając to arcydzieło, zwrócił mu uwagę, iż na obrazie brak pewnego szczegółu: "Zapomniałeś namalować klamkę u drzwi. W jaki sposób Pan Jezus wejdzie?". "Nie, nie zapomniałem o niej" - odparł malarz. - "Otóż klamka tych drzwi znajduje się tylko po ich wewnętrznej stronie. Zbawiciel może wejść tylko wtedy, gdy ktoś - ty lub ja - otworzy te drzwi od środka."

    Czy zdajesz sobie z tego sprawę? On stoi u drzwi twego serca. Od ciebie zależy otwarcie drzwi Zbawicielowi. Ta decyzja należy do ciebie. Mistrz przybliża się do twych drzwi, puka i woła: Otwórzcie! On przynosi ze sobą przebaczenie, światłość i radość.

    Pewien misjonarz znajdował się w samolocie, który miał już odlatywać. Zamknięto już drzwi. Na zewnątrz padał ulewny deszcz. Nagle do samolotu podbiegł człowiek w pelerynie i zaczął pukać do drzwi. Stewardesa dawała mu znaki, że już jest za późno. Człowiek ten pukał jednak coraz natarczywiej i w końcu stewardesa podeszła do drzwi i otworzyła je, wpuszczając mężczyznę do środka. Ku zdziwieniu wszystkich okazało się, że człowiek ów był pilotem tego samolotu.
 Podobnie, jak załoga tego samolotu potraktowała swego pilota, tak wielu ludzi, nawet chrześcijan, traktuje dziś Pana Jezusa, który chce być przewodnikiem w ich życiu i stać się Zbawicielem na całą wieczność.

    Dlaczego tak się dzieje? Bo nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielkiej rzeczy dokonał dla nich Pan Jezus na krzyżu. Nie pojęli jeszcze, jaką ogromną miłość okazał, przelewając - zamiast naszej - własną krew, ponosząc karę za nasze grzechy, zupełnie na to nie zasługując.

    "Chrystus przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników" (1 Tym. 1:15).
    "Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jed-norodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Jan 3:16).

    W miejscowości R. w starej, nędznej chacie żył samotnie pewien garbus. Nikt z wioski nie chciał się z nim kontaktować, ponieważ przez kilka lat przebywał w więzieniu, odsiadując wyrok za podpalenie. Ze względu na dobre sprawowanie oraz za to, że w przeszłości cieszył się opinią uczciwego i przyzwoitego człowieka, czas kary został skrócony. Ludzie byli jednak oburzeni jego postępkiem i otwarcie okazywali mu swoją wzgardę. Nikt nigdy go nie odwiedzał, poza właścicielem młyna, który zaglądał do niego każdej soboty. Pewnego dnia samotnik zmarł, a niedługo później - jego przyjaciel młynarz. W mowie pogrzebowej kaznodzieja stwierdził, że na łożu śmierci młynarz polecił mu ujawnić, że ten wzgardzony, samotny człowiek był niewinny. Dobrowolnie poszedł do więzienia za młynarza, który był rzeczywistym sprawcą pożaru. Podpalił młyn, by uchronić swoją rodzinę od bankructwa, a jego rodzony brat, który wtedy nie miał nic do stracenia, zaofiarował się wziąć ten przestępczy czyn na siebie. Zgromadzeni nad grobem byli głęboko poruszeni tymi słowami. Szczególnie wstydziły się dzieci młynarza, które teraz odczuwały wyrzuty sumienia z powodu wzgardy, okazywanej biednemu, niesłusznie osądzonemu człowiekowi.

    W pewnym szpitalu, chociaż minęła już godzina 22:00, dwie pielęgniarki z dużym zaangażowaniem troszczyły się o swego pacjenta. Były zaniepokojone. Czekały na chirurga, który miał podjąć decyzję co do dalszego ratowania chorego. Każda minuta była cenna. Wreszcie pojawił się chirurg i po przebadaniu pacjenta i chwili namysłu zdecydował: "Proszę szybko cztery flakony krwi", po czym wyszedł. Trzeba było działać, a tymczasem w zapasie był tylko jeden flakon krwi grupy 0 Rh+. Jedna z pielęgniarek miała krew tej grupy i zdecydowała się oddać ją choremu. Dzięki transfuzji można było przedłużyć życie chorego. W dwie godziny później ta pielęgniarka pozostała sama w swoim pokoju. Chociaż zmęczona, myślała o Tym, który z miłości dla niej dał znacznie więcej, bo swoją krew, o której Biblia mówi:
 "...Krew Jezusa Chrystusa, Syna Jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu" (1 Jana 1:7).

    Dzięki przelanej krwi Chrystusa mogła zostać wyleczona choroba grzechu, która dręczy całą ludzkość, a każdy, kto zaufa Jezusowi, może otrzymać życie wieczne. Dlaczego więc nie potrafimy przed Nim otworzyć drzwi naszych serc? "Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie" (Jan 8:36).

    Pewnego dnia dziecko, bawiąc się cennym wazonem, wsunęło rączkę do środka i nie mogło jej stamtąd wydostać. Ojciec próbował różnymi sposobami mu pomóc, ale nadaremnie. Myślano już, że trzeba będzie stłuc wazon. Wreszcie ojciec powiedział: "A więc, mój mały, spróbuj raz jeszcze. Otwórz rączkę i wyprostuj paluszki, o tak, jak ci pokazuję, i potem wyciągnij ją z wazonu". A wtedy malec wykrzyknął niespodziewanie: "O, nie, tatusiu, nie mogę wyprostować palców, bo musiałbym wypuścić mój grosik!".

    Tysiące z nas postępuje podobnie, jak to dziecko. W rękach kurczowo ściskamy bezwartościowe monety tego świata i nie chcemy być wolni.

    Porzuć, proszę cię, ten maleńki grosz, który tak mocno ściskasz w ręku, niechaj upadnie. Odsuń się od świata i Bogu daj miejsce w swoim życiu! Wówczas będziesz mógł iść z Panem przez życie i być użytecznym w Jego służbie.

    Czy nigdy nie zauważyłeś, jak Pan Jezus pukał do twego serca? On czyni to w różny sposób i o różnym czasie, czy to przez wypadek, czy też przez chorobę, czy chociażby przez spotkania ewangelizacyjne.

    Dzieła złamania naszego "JA" dokonuje zarówno Bóg, jak i my sami. Bóg przywodzi nacisk, lecz my sami musimy się zdecydować na poddanie się temu naciskowi, sami musimy podjąć decyzję.
 Co jest najlepszym obrazem złamania naszego "JA"? Obraz ten zawarty jest w słowach Psalmu: "Ale ja jestem robakiem, nie człowiekiem" (Ps. 22:7). Jest wielka różnica pomiędzy robakiem a żmiją, szczególnie wtedy, kiedy usiłujemy ją zaatakować. Żmija się podnosi, zaczyna syczeć i usiłuje odpowiedzieć atakiem na atak - oto prawdziwy obraz naszego "JA". Ale robak nie sprzeciwia się zupełnie: pozwala robić ze sobą wszystko, co się komu spodoba; można go kopnąć lub też rozdeptać obcasem, a to jest prawdziwym obrazem złamania naszego "JA".

    Proszę, otwórz swe serce i wpuść Jezusa. Tak jak pilot z naszej opowieści, tak Jezus chce ująć ster i kierować twoim życiem. Pozwól Mu na to. Wówczas twoje życie zmieni się radykalnie - tak, jak życie syna marnotrawnego. Musisz tylko zawrócić ze swojej dotychczasowej drogi. To tak, jak w wojsku wykonanie następujących kolejno komend:  STÓJ  -  W TYŁ ZWROT  -  NAPRZÓD MARSZ. Następnie musisz wyznać swoją winę, a wtedy z powrotem znajdziesz się w atmosferze miłości ojcowskiego domu.

 To tak, jak w tym wierszu:

  "Gdy w ciemnościach błądzisz
  i gdyś pełen ran,
  wiedz, że takich szukać przyszedł
  Chrystus Pan.
  Serca drzwi więc otwórz i Jezusa wpuść,
  życie swoje Panu złóż".

    Serce ludzkie jest niejako kubkiem, który wyciągamy i podajemy Jezusowi, gorąco pragnąc, aby zechciał napełnić je Wodą Żywota. ON napełnia tak, że stale się przelewa. Oto na czym polega prawdziwe przebudzenie duchowe - gdy w naszym sercu jest miejsce dla strumienia pokoju Bożego, którym stale dzielimy się z innymi.

    A wtedy życie Twoje zmieni się zupełnie i nagle zostaniesz olśniony i zrozumiesz sens słów, zawartych w Drugim Liście do Koryntian:

    "A umarł za wszystkich, aby ci, którzy żyją, już nie dla siebie samych żyli, lecz dla Tego, który za nich umarł i został wzbudzony" (2 Kor. 5:15).

    Jeśli tracimy pokój - to właśnie znak, że Boży "sędzia" zagwizdał, tak jak na boisku piłkarskim, faul w naszym sercu. Zatrzymaj się więc natychmiast i proś Boga, aby ci wskazał, co nie jest w porządku, wyznaj Mu grzech, który ci wskazał, a w następstwie tego zostanie ci przywrócony pokój przez Krew Jezusa i pójdziesz drogą z przelewającym się kubkiem swego serca. Jeśli jednak Bóg nie da ci swego pokoju, to jest to znak, że nie zostałeś prawdziwie złamany.

 

 

PRZEBITY  TUNEL

    Pamiętam takie wydarzenie w moim życiu. Kilkanaście lat temu, przebywając w górach w okolicach Wisły, jesiennym wieczorem szedłem, objuczony plecakiem, na przystanek autobusowy. Gdy zbliżałem się, dojrzałem ogniki papierosów i usłyszałem rubaszną rozmowę młodych mężczyzn, mocno przetykaną nieparlamentarnymi wyrażeniami. W pierwszej chwili chciałem się zatrzymać, bojąc się, że ci ludzie mnie zaczepią. Po namyśle jednak śmiało wkroczyłem na przystanek. Gdy tylko się pojawiłem obok tych młodych mężczyzn, zaraz zaczęli mnie zagadywać słowami: "O, pan to na towar się wybiera". Nie wiedziałem, co to znaczy, więc odpowiedziałem, że ich nie rozumiem. "Przecież ma pan plecak, a więc na pewno wybiera się pan na towar." Po chwili wytłumaczyli, że w ich języku "wybieranie się na towar" oznacza wybieranie się na dziewczyny. Wyprowadziłem ich z błędu, spokojnie tłumacząc, że mam wspaniałą żonę, którą bardzo kocham i że w związku z tym nie mam zamiaru wybierać się na dziewczyny. W tym momencie nadjechał autobus, przerywając naszą rozmowę. W autobusie jeden z tych młodych ludzi podszedł do mnie i już bez żadnej rubaszności, ale zupełnie poważnie i bardzo przejęty zapytał, co ma robić, bo ma żonę, którą kocha i jednocześnie inną dziewczynę, z którą swoją żonę zdradza.

    Przypuszczam, że ten młody człowiek, tak jak większość Polaków, był chrześcijaninem i z pewnością znał przykazanie "Nie cudzołóż". Pomimo to chodził w grzechu, a wiemy dobrze, że ta droga prowadzi do wiecznej śmierci. Człowiek ten potrzebował ratunku, inaczej - zbawienia.
 U podstaw naszego zbawienia leży Boża miłość. Ten młody człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy. A przecież "Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Jan 3:16).

    Jak wielka i niepojęta jest miłość Boża, objawiona w Synu Bożym w ludzkiej postaci, ukazuje pewne autentyczne wydarzenie.

    W Himalajach były dwie wioski, oddzielone wysoką i niedostępną górą. Obie wioski łączyła tylko jedna droga, która wiodła przez szczyt tej góry. Chociaż bezpośrednia odległość pomiędzy wspomnianymi miejscowościami nie była wielka, to jednak podróż przez szczyt masywu górskiego trwała cały tydzień. Jakiś człowiek wpadł na pomysł, aby - skoro zwykłej drogi nie da się poprowadzić górskimi stokami - przebić się tunelem przez masyw górski. Dziełu temu postanowił poświęcić życie. Zabrał się do roboty, jednakże krótko przed zakończeniem budowy tunelu zginął pod zwałami spadających skał. Człowiek ten poświęcił swoje życie dla połączenia obu wiosek.
 Zdarzenie to przywodzi na myśl górę grzechu, jaka oddziela człowieka od Boga, a człowiek, który przebijał tunel przez tę górę, przywodzi mi na myśl Jezusa, który przekopał drogę przez zwały grzechu, oddając przy tym własne życie. Nasze zbawienie opiera się na śmierci Jezusa, którą poniósł On dla nas.

    Przed kilku laty pewien młody człowiek wędrował po skalistych górach. Wskutek nieostrożności runął w przepaść. Został ciężko ranny i bardzo mocno krwawił. Odnalazł go jego ojciec i przetransportował do lekarza, który po dokładnym zbadaniu rannego stwierdził, że nie może mu pomóc. Gdyby jedynie miał połamane kości, dałoby się je złożyć; gdyby dokuczała mu jakaś choroba, byłoby można zaaplikować odpowiednie lekarstwo; stracił jednak zbyt wiele krwi, a w szpitalnych zapasach nie było krwi tej grupy. Wykluczało to możliwość udzielenia skutecznej pomocy. Ojciec młodego człowieka, niezmiernie przejęty zaistniałą sytuacją, uporczywie dopytywał o możliwości ratunku. Lekarz wyjaśnił, że jedynym ratunkiem dla rannego jest znalezienie kogoś z odpowiednią grupą krwi, który zgodziłby się oddać jej część choremu. Ojciec, który bardzo kochał syna, natychmiast postanowił oddać własną krew. Lekarz przetoczył krew, ale ponieważ dawca był nie tylko starszym człowiekiem, ale i wymęczonym akcją ratowniczą, zabieg był ponad jego siły. Zmarł z wyczerpania, ale uratował własnego syna. W ten sposób ojciec zmarł za syna, dając za niego swoje życie.

    Nasze grzechy sprawiły, że spadliśmy z wyżyn społeczności z naszym Bogiem. Straciliśmy prawdziwe życie, życie duchowe. Ale Chrystus umarł za nas na krzyżu, przelał za nas krew, która oczyszcza nas z naszych przewinień. "...Krew Jezusa Chrystusa (...) oczyszcza nas od wszelkiego grzechu" (1 Jana 1:7b). Chrystus nie tylko oczyszcza nasze serce, ale sprawia jego przemienienie.

    Nieszczęśliwy młody człowiek, spotkany na górskim przystanku autobusowym w pobliżu Wisły, potrzebował nie tylko przebaczenia grzechów, ale także nowej natury, która - wszczepiona w niego - umożliwiłaby mu życie bez grzechu, bez zdradzania własnej żony. Potrzebował przemienionego, dobrego i miłującego żonę serca.

    Ktoś, kto był na Florydzie, opowiadał, że w tamtych stronach aż się roi od jadowitych węży. Aby uchronić się przed ich ukąszeniem, bezustannie trzeba uważać. Nie ma mowy o zajęciu miejsca w cieniu krzaka lub skały bez wcześniejszego sprawdzenia. Trzeba uważać na statku, zachowywać ostrożność podczas łowienia ryb przy brzegu, czy podczas spacerów. Wszędzie czyha niebezpieczeństwo.

    W ten sam sposób należy traktować grzech. On wciąż jest na tej ziemi. Nie umiemy pozbyć się go raz na zawsze. Ujawnia się w różnej formie, zarówno w naszym wnętrzu, jak i na zewnątrz: kłamstwo, obmowa, egoizm, małe i duże nieuczciwości, złe towarzystwo itp. Na każdym kroku możemy zostać ukąszeni przez takie grzechy.

    Nasza stara natura objawia się także w różnych niedobrych nawykach i przyzwyczajeniach, od których trzeba się radykalnie uwolnić.

    W pralni domu, w którym mieszkam, zaczęły się pojawiać na białych ścianach brudne czarne naloty grzyba. Ilekroć pojawiał się na ścianach, brałem szczotkę ryżową i zmywałem go ze ściany. Jednakże już po paru tygodniach wyczyszczone białe ściany ponownie pokrywał czarny grzyb. Doszedłem do wniosku, że muszę zlikwidować przyczynę pojawienia się grzyba. Pralnia nie była wietrzona, a jej ściany, będące jednocześnie ścianami zewnętrznymi domu, były nieocieplone. Zbiłem więc stare tynki ze ścian i położyłem nowe tynki. Następnie przebiłem w murze otwór i założyłem wentylator, a na zewnątrz przykleiłem warstwę styropianu, jako środka ocieplającego pralnię. Ściany wymalowałem farbą ze środkiem grzybobójczym. Grzyb więcej się już nie pojawił.
 Odpuszczenie grzechów nie oznacza pełnego zbawienia. Nie wystarczy obciąć pędy z drzewa grzechu, chodzi raczej o wyrwanie tego drzewa z korzeniami.

    Zbawienie i odkupienie są czymś więcej, niż odpuszczeniem grzechów; oznaczają odnowę człowieka, narodziny na nowo, uświęcenie; oznaczają przemianę starego serca w serce miłujące.
 W pewnej miejscowości żyła dziewczyna, która codziennie wymiatała pajęczyny ze swego pokoju. Gdy kiedyś po raz setny wykonywała tę czynność, pomodliła się: "Panie, oczyść me serce od grzechu tak, jak ja czyszczę ten pokój". Wówczas otrzymała odpowiedź: "Dziecko, dlaczego tylko wymiatasz pajęczyny? Pomyśl o pająkach, które snują sieci. Kiedy pozbędziesz się pająków, nie będzie więcej pajęczyn".

    Nie wystarczy więc tylko, aby nasze grzechy zostały odpuszczone. Przypomnijmy słowa apostoła Pawła: "Zewleczcie z siebie starego człowieka wraz z jego poprzednim postępowaniem, którego gubią zwodnicze żądze, i odnówcie się w duchu umysłu waszego, a obleczcie się w nowego człowieka, który jest stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy" (Efez. 4:22-24), lub "...który odnawia się ustawicznie na obraz Tego, który go stworzył" (Kol. 3:10).
 "Jeśli bowiem według ciała żyjecie, umrzecie; ale jeśli Duchem sprawy ciała umartwiacie, żyć będziecie" (Rzym. 8:13). "Bo kto sieje dla ciała swego, z ciała żąć będzie skażenie, a kto sieje dla Ducha, z Ducha żąć będzie żywot wieczny" (Gal. 6:8).

    Jezus przyszedł nie tylko po to, by przebaczyć nam grzechy, lecz aby nas odrodzić, aby dać nam miłujące serce. Przez Jezusa otrzymujemy nowe życie. Szczęście w Chrystusie - to stanie się nowym człowiekiem.

    Pewien człowiek oglądał kiedyś krzak cierniowy, rodzący dobre owoce. Zapytał ogrodnika, jak to jest możliwe. Ogrodnik odpowiedział, że w pień krzewu wszczepił pęd szlachetny. Krzew rósł, ciernie zaś z wolna znikały, urosły szlachetne gałązki i przyniosły szlachetne owoce.

    "Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami. Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie" (Jan 15:5).

    Jak pęd szlachetny dał krzewowi cierniowemu życie i uczynił zeń owocującą roślinę, tak i Chrystus wszczepia w nas nowe życie, czyni nas nowymi ludźmi z miłującymi sercami, przynoszącymi owoce żywota. Na tym polega cud nowego narodzenia. Jest on niemożliwy bez przyjęcia Jezusa, podobnie jak w przypadku krzewu cierniowego - bez wszczepienia szlachetnej gałązki. Taki cud ty również możesz przeżyć, jeśli jeszcze do tej pory nie przyjąłeś Jezusa jako Tego, który może dać ci także nowe narodzenie. "Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło" (Łuk. 19:10).

    Dopóki serce nie zostanie oczyszczone i odnowione, dopóty daremne są dobre uczynki. Dopiero wtedy, gdy serce stanie się dobre wskutek działania Ducha Świętego, człowiek jest naprawdę zdolny czynić dobrze.

    Moralność tego świata powiada: "Czyń dobrze, a będziesz dobrym", ale Ewangelia głosi coś zupełnie odmiennego. Najpierw musi być odmienione serce, aby stać się dobrym. Dobre uczynki pochodzą z dobrego serca. Bądź najpierw dobry, a będziesz dobre rzeczy czynił.

    Być chrześcijaninem - znaczy przyjąć Chrystusa do serca. Biblia wiele opowiada o Jezusie Chrystusie. On jednak żyje nie na papierowych kartach, lecz w naszych sercach. Prawdziwymi chrześcijanami nie są ci, którzy przyznają się do Chrystusa, lecz ci, którzy mają Go w swoich sercach. Ks. dr Marcin Luter pisał: "Niechby się Chrystus narodził tysiąc i więcej razy, gdy jednak nie narodzi się w nas - nic nam to nie pomoże". Znamy też z twórczości Adama Mickiewicza taki dwuwiersz:

 "Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie,
 Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie"
(Boże Narodzenie w: Zdania i uwagi...).

 Pamiętam taki obraz: pusty krzyż, a obok młotek i trzy nie wbite gwoździe. Przesłaniem tego obrazu jest pytanie: Czy chcesz mnie ponownie ukrzyżować?

    Dwaj chłopcy grali o pieniądze w kraju, gdzie przyłapanych na gorącym uczynku hazardzistów karano grzywną o równowartości około 500 dolarów. Policjanci ujęli chłopców i osadzili w areszcie. Jeden z nich pochodził z zamożnego domu, drugi był synem biednego chłopa. Za syna bogacza natychmiast zapłacono grzywnę, w związku z czym wyszedł na wolność. Ubogi chłopak nie miał pieniędzy, musiał więc pozostać za kratami. Matka chłopca, pragnąc uciułać potrzebne na grzywnę pieniądze, pracowała ciężko, dzień w dzień dźwigając ciężkie kamienie. Pewnego dnia taki kamień przygniótł jej rękę. Uwięziony chłopiec wyjrzał z okna więzienia i zobaczył pokrwawione ręce matki. "Mamo, skąd te rany?" - zapytał. "Pracuję, aby cię uwolnić" - odpowiedziała matka. W końcu uzbierała potrzebne pieniądze i uwolniła syna. Po pewnym czasie biednego chłopca spotkał jego zamożny kolega i zaczął namawiać go do gry w kości. "Przenigdy!" - odparł biedak. - "Twoje uwolnienie przyszło łatwo, moje natomiast dzięki ciężkiej pracy matki, przez jej trud, rany i krew. Nigdy już nie będę uczestniczył w grze, która mogłaby spowodować cierpienie mojej matki!"
 Tacy ludzie, jak ów syn bogatych rodziców, przekonani są, że przebaczenie grzechów zdobywa się łatwo; nie mają więc sił, by zerwać z grzechem. Ci zaś, którzy wiedzą, że Jezus cierpiał, aby zbawić nas od grzechów, stawiają opór grzechowi, by nie sprawić Bogu bólu. "Wy nie opieraliście się jeszcze aż do krwi w walce przeciw grzechowi" (Hebr. 12:4).

    Często modlimy się o przebudzenie, o nowe narodzenie dla innych ludzi. Kiedyś bardzo bliska memu sercu, nieżyjąca już siostra w Jezusie, powiedziała mi: "Andrzeju, nakreśl kredą okrąg wokół siebie i módl się o przebudzenie tego, który jest wewnątrz tego kręgu". Myślę, że każdy może modlić się w podobny sposób...

    Możesz w tej chwili modlić się o przemienienie swego serca w serce miłujące. Uklęknij w głębi swego serca i módl się:

    Panie, jestem pewny, że Twoja krew, przelana na krzyżu, obmywa mnie z mojego grzechu. Dziękuję Ci za to oczyszczenie. Ale jednocześnie, Panie, mam świadomość, że o własnych siłach nie zdołam pokonać mojej starej natury, która pcha mnie ku grzechowi. Dlatego, Panie, proszę o pełne Twoje zwycięstwo w moim sercu. Zamieszkaj w nim, Panie, na stałe. Oddaję Ci je w Twoje posiadanie. Amen.

Część czwarta

Powrót do części drugiej

Powrót do "Lektur"
 

 
Copyright (c) 2000 - 2018 Ruch Nowego Życia
All Rights Reserved
[ created by hornet.com.pl ]
WEB interface